Zamknij
REKLAMA

Roma J. Fiszer: nieustannym bohaterem moich książek jest Gdynia

20.43, 06.08.2022 Mariusz Sieraczkiewicz Aktualizacja: 20.47, 06.08.2022
Skomentuj
REKLAMA

Elwirę i Krzysztofa połączyła tragiczna historia miłości ich pradziadków, która narodziła się na pokładzie transatlantyku „Batory” podczas drugiej wojny światowej. Po rozwikłaniu tajemnicy ich relacji dziewczyna wydaje książkę o trudnych losach tego związku.

Teraz krążąc pomiędzy leśniczówką w Świerkach, gdzie mieszka jej ukochany, mieszkaniem babci, która snuje przed nią wspomnienia o dawnej Gdyni, a rodzinnym letniskiem w Zielonym Dworze nad jeziorem Mausz, Elwira odnawia kontakty z dawnymi znajomymi i nawiązuje nowe przyjaźnie.

Tymczasem na uroczysku w pobliżu leśniczówki pojawiają się dwaj mężczyźni z wykrywaczami metalu. Krzysztof trafia na nich podczas rutynowego obchodu lasu. Rozmawiający po niemiecku mężczyźni rozkopują uroczysko i wynoszą stamtąd tajemnicze skrzynie. Kim oni są i czym właściwie się zajmują? Co w tej zagadkowej sprawie zostanie jeszcze odkryte?

Z Romą J.Fiszer rozmawiamy o najnowszej książce, o marzeniach, o pasjach, o nadziei, o życiu...

Gdybym miała określić jednym zdaniem, co najbardziej urzeka mnie w Pani książkach – powiedziałabym, że Pani książki dają nadzieję w czasach, kiedy nadziei, słońca bardzo potrzebujemy. A jaki jest Pani cel nadrzędny, żeby nie powiedzieć – misja?

Życie to nieustanna huśtawka nastrojów. Ta sprawa dotyczy również mnie i mojej rodziny. Mieliśmy poważny wypadek samochodowy…, ponad dziesięć lat temu. W pamięci często odtwarza się film z samego zdarzenia, a wkrótce z przejmującej ciszy. Potem syreny, upiorne błękitne światła, straż pożarna i wycinanie drzwi, pogotowie, policja. Właśnie w związku z tego typu zdarzeniami wiem, co ludziom może być potrzebne następnego dnia i w kolejnych.. Dopuszczając, że niektórzy czytelnicy są w stanie zrelaksować się przy czytaniu horrorów, „zakręconych” powieściach kryminalnych, czy o tematyce wojennej, zajmuję się tematyką obyczajową, bo taka i mnie służy. W niej się odnajduję. Wplatam w romantyczne sceny piękne miejsca, opowiadam także o muzyce, jednak z pasją oddaję się wspominaniu historii, wszakże według Cicerona „Historia magistra vitae est” – historia jest nauczycielką życia. To jest właśnie moja misja, która wzięła się z hobby, pasji. Wyszukiwanie ciekawostek z naszej historii i dzielenie się nimi z czytelnikami w przystępny sposób. Pochłania to sporo czasu, ale tego akurat nigdy nie żałuję.

Wyobrażam sobie, że kiedy Pani pisze – dookoła widać piękno natury, ptaszki śpiewają, w tle sączy się jakaś subtelna muzyka. Trudno mi sobie wyobrazić – znając Pani dzieła – że pisze Pani w pośpiechu, bo deadline, w szumie, wśród ludzi, etc. Pani powieści płyną, więc sposób ich pisania też musi być taki swobodny, niespieszny… A może moja wyobraźnia podsuwa mi obrazy niezgodne z prawdą?

Tak byłoby najlepiej i zdarza się, że tak bywa. Akurat teraz jesteśmy na letnisku, więc udaje się, choć w Gdyni też mieszkamy na uboczu. Ale zasmucę, bo jednak często, mimo nawet sprzyjających okoliczności przyrody, wisi nad głową okropny deadline, który oddziałuje na wszystkie wewnętrzne „czujniki”. Wtedy jest trudno, a nawet bardzo trudno. Ale wówczas jest ukochana muzyka: od Rity Pavone, Cilli Black, poprzez Beatlesów, Czerwone Gitary, Andreę Bocellego do Eda Sheerana, czy od Albinoniego poprzez Bacha, Moniuszkę, Verdiego, do Kilara. To tylko przykładowe nazwiska kompozytorów i wykonawców. Kilka ruchów myszką w You Tube, odpowiednia do fabuły muzyka zaczyna płynąć z głośników, a ja uspokajam się.

Gdynia czy Kaszuby, Kaszuby czy Gdynia?

Prawie połowę roku spędzamy na Kaszubach, w Zielonym Dworze nad jeziorem Mausz, tuż obok Parchowa, a resztę w Gdyni. Letnisko to nasza „świątynia dumania’, jak w przypadku Felci Skierki ławeczka nad stawem w dolinie. Na letnisku zawsze obmyślało się długofalowe plany, ważne zadania, podejmowało kluczowe decyzje, bo tu znajdował się na to czas podczas urlopu, weekendów. Tutaj właśnie zapadła ostateczna decyzja o moim pisaniu, tu moja córka przekonała mnie, że ma to być historia o trzech kobietach, a głównym miejscem akcji mają być Kaszuby. Stąd nie mam kłopotów z wyborem: Gdynia, czy Kaszuby. Gdynia nie tak dawno była jeszcze małą kaszubską wioską, wcale nie większą niż choćby Parchowo. Wciąż znajduję jakieś nieznane mi wcześniej ciekawostki o niej i dzielę się nimi z czytelnikami. Ale w sercu jest jeszcze rodzinny Poznań z moją ulicą Główną… Z Poznania wyjechały w „świat”, podobnie jak kiedyś ja: Anna, Kaśka i Eliza, co uwiecznione zostało w debiutanckiej powieści „Kilka godzin do szczęścia”.

A jeśli nie Polska – to jakie miejsce na świecie?

Zdecydowanie Szkocja. Staram się o niej pisać wyjątkowo ciepło i dużo. Od dawna pasjonuje mnie historia, kultura, tradycja, muzyka, zabytki tego pięknego kraju. Dlatego i Kaśka, i Eliza bodaj najpiękniejsze chwile ze swoimi mężczyznami spędziły w wiejskim domku na Mull of Kintyre, a także w Inveveray Castle, czy Edynburgu. Nie wszyscy wiedzą, że jeśli idzie o haplogrupę mamy właśnie sporo wspólnego ze Szkotami. Wiemy o tym dzięki osiągnięciom archeogenetyki, o czym wspominam w swoich powieściach, dzięki zainteresowaniom Elizy tym problemem. Wracając zaś do tematu wyjściowego, w innych powieściach bywaliśmy też we Włoszech, Hiszpanii, Szwecji, Danii, Francji i Szwajcarii, a w kolejnych zwiedzimy także inne kraje.

W „Szczęściu pod świerkami” – wspaniały Batory jest jednym z bohaterów powieści. W kontynuacji, którą mamy przyjemność teraz czytać – bo jesteśmy właśnie w okresie popremierowym książki, pt. „Miłość to nie grzech” też pojawia się taki historyczny bohater?

Nieustannym bohaterem moich książek jest Gdynia, swoisty fenomenem naszych czasów, miasto, w którym mieszkam od pięćdziesięciu trzech lat. Stąd tak wiele piszę o jej historii, wydarzeniach dobrych i złych, a także o miejscach wywołujących drżenie serca. W fabule premierowej powieści, oprócz scen związanych z Gdynią, pojawi się tym razem intrygujące zdarzenie, którego akcja toczyć się będzie w Borach Tucholskich. Leśne uroczysko w pobliżu leśniczówki Świerki przeczesują nieznani mężczyźni szukaczami metali. Kim są, czego poszukują? Kiedy okaże się, że coś wynoszą z lasu w skrzyniach, akcja przyspieszy prawie jak w filmie sensacyjnym. Leśniczy Krzysztof zostaje ranny, następuje pościg za mężczyznami aż do granicy z Niemcami. W tych scenach pojawią się dobrzy znajomi z mojej sagi: Eliza, Max, policjanci Zawada i Pietryga. Zagadka wyjaśni się, ale teraz niczego więcej nie zdradzę. Wspomnę tylko, że o uczuciach Elwiry i Krzysztofa także będzie sporo.

Co ważne „Miłość to nie grzech” jest kontynuacją „Szczęścia pod świerkami”, ale można tę książkę czytać też oddzielnie, bez znajomości pierwszego tomu. To niełatwy pewnie zabieg dla pisarza.

Większość pisarzy tak czyni i ja również tak prowadzę narrację, że można obie książki czytać oddzielnie, choć zdaję sobie sprawę, że u czytelników mogą pojawić się pytania, czy wątpliwości typu: dlaczego Elwira pisze nagle książkę o Apolonii i Zbysławie, pradziadkach jej i Krzysztofa, albo skąd u młodej dziennikarki pojawił się pomysł modernizacji letniska w Zielonym Dworze, że aż porwała się za projektowanie przebudowy domku. Te dwie sprawy mogą wzbudzać ciekawość i chęć sięgnięcia do „Szczęścia pod świerkami”. Wspomnę, że kolejne tomy mojej sagi kaszubskiej, która rozpoczęła się powieścią „Kilka godzin do szczęścia”, również można było czytać niezależnie, choć wiem, że czytelnicy woleli jednak zapoznać się z treścią wcześniejszych tomów, bo dopiero wówczas wszystko stawało się jasne i oczywiste.

Zaczęłyśmy od wypadku… Pozwolę sobie na klamrę kompozycyjną. Wraca Pani jeszcze pamięcią do wypadku, od którego wszystko się zaczęło? Ja to interpretuję następująco – dostała Pani drugie życie i w tym drugim życiu okazało się, że jest Pani pisarką…(podczas gdy w pierwszym życiu uprawiała pani – jakże odległy od pisania zawód – projektanta systemów radiokomunikacyjnych)

Wkraczamy w obszary metafizyki, podświadomości, zachowań często niewytłumaczalnych… Prawdą jest, że potrzeba chwili była taka, że następnego dnia po wypadku trzeba było spędzić kilka godzin za kierownicą innego samochodu. Pierwsza myśl przed ponownym zajęciem miejsca za kierownicą była następująca: nie ponoszę żadnej winy, że doszło do wypadku, nie mam sobie nic do zarzucenia, ale z drugiej strony pojawiła się też dziwna refleksja: mogło nas przecież po prostu wczoraj już nie być…

A jeśli tak, to wniosek do działań na kolejne dni życia mógł pojawić się tylko jeden: Najwyższy postanowił, że mam jeszcze coś do zrobienia na tym padole. Do „gry” weszła wówczas córka ze swoimi pomysłami i w trakcie rozmów, a była ich cała masa, narzuciła mi…, że muszę pisać. Stwierdziła, że to jest właśnie to zadanie, które czeka jeszcze na mnie w życiu. Perorowała: obsługę komputera masz w małym paluszku, ciągle na nim projektujesz, więc pisanie powieści będzie dla ciebie najsensowniejszym zadaniem. I tak to się zaczęło… A jak doszło do napisania i wydania pierwszej powieści? A to już oddzielna i wcale niekrótka opowieść.

(Mariusz Sieraczkiewicz)
 

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitterTwitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze
REKLAMA

komentarz (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

REKLAMA
0%